Staram się ostatnio zarobić parę groszy pracując generalnie za darmochę w Agencji Poszukiwania Lokali Dla Banków i innych instytucji finansowych, miernego, na ogół Społecznego Zaufania. Po latach wycinania kosztów działalności operacyjnej, wypychania upierdliwych klientów do Internetu i ograniczania obsługi klienta detalicznego banki wracają na ulicę, znęcone możliwością ukręcenia dużych lodów na rozwijającej się w samobójczym tempie powszechnej lichwie, czyli, naukowo mówiąc, Produktach Kredytowych. To nieważne, że od roku łatwiej w mieście założyć konto bankowe i pożyczyć trochę grosza na wysoki procent niż kupić bułkę i masełko - banki chcą w Warszawie otworzyć w 2008 roku około 300 nowych oddziałów. Kiedyś napiszę o przestrzeni społecznej miasta i morderczym pustoszeniu głównych ulic, po zainstalowaniu na nich samych banków, aptek i salonów sprzedaży telefonów komórkowych. Dziś zajmę się innym aspektem tej aktywności. Banki, początkowo skłonne wydawać każde pieniądze na zainstalowanie nowych oddziałów i zatrudnianie w nich personelu, poszły właśnie po rozum do głowy, wyciągając z książek o zarządzaniu wygodne koncepcje autsorsingu. I tak DżiIManejBank poszukuje "Agentów" posiadających własne lokale "o akceptowanych przez Bank parametrach", AjEnDżi proponuje właścicielom takich lokali franczyzę (franczyzobiorcą można zostać już po dwutygodniowym przeszkoleniu), oferując jednocześnie możliwość zatrudnienia "konsultantów" prowadzących "działalność gospodarczą" we własnych oddziałach, PolBank "zatrudnia" konsultantów wypożyczonych z autsorsującego Mellona (skąd tu, kurwa, jakiś melon). Zostawiam rozwadze Czytelników kwestię Społecznego Zaufania do przygodnych, zatrudnianych na złodziejskich warunkach, ajentów i konsultantów. Jak w każdej koncepcji nowoczesnego Autsorsingu, banki przerzucają koszty na zewnątrz, zostawiając dla siebie swoją działalność podstawową, czyli produkcję lichwiarskich pieniędzy. No nie, nie to żebym śmiał coś podważać. Tak sobie tylko piszę.
skomentuj (0)Dziś może nie najważniejsze sprawy, ale zawsze. Często ostatnio jeździliśmy z Margot po Warszawie, załatwiając różne Ważne Sprawy Urzędowe. Warszawa nie przypomina już miasta naszej młodości, jest Miastem Buraków, pełnym agresji i nienawiści. Jeździmy naszym stareńkim Oplem stojąc w gigantycznych korkach, obrzucani wyzwiskami, obtrąbywani, wyprzedzani, zajeżdżani, wymuszani, stykając się z najczęściej napływowym, agresywnym chamstwem. Czasem atakuje nas buractwo szczególnego rodzaju, chamstwo agresywnie powbijane w wypasione na maksa bryki i naznaczone szczególnie. Mowa oczywiście o specjalnych rejestracjach, zwanych też numerami "indywidualnymi". Ta buracka indywidualność polega na wymyśleniu krótkiego i zwykle idiotycznego napisu i umieszczeniu go na tablicy rejestracyjnej swojego blachosmroda. Mijaliśmy już "W1 RAMBO" (ech, chłopaku), "W0 BMW" (to dla szczególnych wielbicieli tradycyjnie mafijnej marki), "W0 GNT" (Pan Prezes uwiecznia nazwę swojej firmy, znanej tylko wtajemniczonym przekręciarzom), "W1 MISIA" (szczególnie przeterminowana i lekko niedopchnięta kokietka, chyba że pożyczyła bryczkę od własnej wnuczki). Te idiotyzmy mają zapewnić właścicielom poczucie szczególnej indywidualności i podnieść społeczną atrakcyjność, wszak umieszczenie ich na tablicy swojego auta kosztuje równe 1000 zły. Kwota nieosiągalna w jednym kawałku dla 50% Polaków żyjących od dawna poza granicą ubóstwa, świadcząca o tym, że pomysłodawca po prostu już nie wie, co zrobić ze swoimi pieniędzmi złodziejskiego, na ogół, pochodzenia. Chore miasto chorych ludzi.
skomentuj (0)
Przy okazji
różnych społecznych zawirowań, głównie na tle postępującego
w zawrotnym tempie ubóstwa, rozmaici, wyciągani jak króliki z kapelusza
przez aktualnie Miłościwie Nam Panującą Partię, eksperci, analitycy i
specjaliści przedstawiają nam powody, dla których mamy mało zarabiać.
Bezczelność Rządzących opiera się na wpajanym w nas, czyli Rządzonych
przekonaniu, że procesy gospodarcze są niesłychanie skomplikowane i
tylko Oni, Specjaliści, jako tako w tym się orientują. Zwykle argumenty
opierają się na niepodważalnej rzekomo tezie, że Nasz Biedny Kraj jest
Biedny, nasza Biedna Polska Gospodarka jest Biedna i dlatego my też
musimy być biedni. Tymczasem sprawy mają się zgoła inaczej i postaram
się to w krótkich żołnierskich słowach udowodnić. Przede wszystkim nie
ma czegoś takiego jak Polska Gospodarka. Kolejne ekipy rozdały kolegom
wszystko, co się dało rozdać, co się nie dało, przeszło w ręce
żarłocznych korporacji obcego pochodzenia (właściwych decyzji, jak
mniemam, też nie podejmowano bezinteresownie). Reszta, która się
jako tako broniła została przejęta, czego się nie dało przejąć,
zniszczono. Krajobrazu gospodarczego dopełniają tzw. Inwestycje
Zagraniczne, czyli naprędce stawiane fabryczki i montownie, zwykle na
gruntach
otrzymanych w prezencie, albo z dopłatą i resztki państwowych
przedsiębiorstw i spółek obsadzanych przez Kolegów Aktualnej Ekipy
Politycznej. Aha, do tego jest jeszcze tzw. budżetowka, czyli Bieda,
której nikt nie chciał przejąć i dlatego utrzymujemy ją ze społecznej,
przymusowej zrzutki, czyli z podatków. Oczywistą dla mnie konsekwencją
biedy byłoby to, że produkty wytwarzane przez te podmioty bedą
sprzedawane Biedakom-Polakom po niższej cenie, poczynając od chleba,
mleka, masła i mięsa, a kończąc dajmy na to, na samochodach i paliwie.
Nic
bardziej błędnego, mieszkańcy tego niezrozumiałego kraju, zarabiając
przeciętnie 4-5 razy mniej niż ich koledzy po fachu w krajach
rozwiniętej gospodarki, muszą za wszystko płacić tyle samo, a czasem
nawet więcej. Bezrobotni, czyli mniej więcej jedna trzecia zdolnych do
pracy, też muszą płacić, albo ukraść. Widać z tego, że Biedak-Polak ma
tanio wytwarzać, a drogo kupować robiąc dobrze Wszystkim Złodziejom,
którzy w ten sposób osiągają większe zyski, zaś wysokie bezrobocie
utrzymuje się celowo, aby tym Szczęśliwcom, którzy mają jakąś pracę nie
przewróciło się w głowach. To kolejny Cud Gospodarczy,
jeden z wielu, jakie widziałem w tym kraju od kiedy Obaliliśmy Komunę.
Historia lubi płatać figle.
Zbliża się sto
dni rządów
Wielmożnego Pana Premiera i jego kolegów z Platformy, zwanych też
Cudakami. Na początku było bosko - spokojne przysysanie Kolesi do
Państwowego Cycka poprzez rozdział posad i synekur w Ministerstwach,
Funduszach, Agencjach, Fundacjach, Urzędach, Kancelariach, Radach
Nadzorczych i Djabli Wiedzą Jeszcze
W Czym,
czyli normalna powyborcza sielanka. Już uruchamiano partyjne,
towarzyskie, biznesowe i mafijne układy w celu sprawnego przepompowania
państwowych pieniążków do zaprzyjażnionych portfeli i na zagraniczne
konta, a tu masz - Zgrzyt. Jacyś bezczelni, namolni, zupełnie
niekulturalni, słowem Źli Ludzie wyciągnęli 10 Zobowiązań Platformy
podpisanych przez Wielmożnego Pana Premiera w świetle jupiterów na
zakończenie Kampanii Wyborczej. No i wyszło, że przez te prawie 100 dni
nikt nie
kiwnął nawet palcem, żeby je realizować, nikt nawet nie wie, jak się do
tego zabrać, nad kraj nadchodzi fala
strajków, niezadowolenie społeczne osiągnęło niespotykany nawet za
Komuny poziom. Głupawe umizgi Przedstawicieli Władzy i miedziaki
rzucone w tłum nie pomogły i Rząd zaczyna potrząsać Pałą.
Niewyobrażalna głupota popycha teraz Platformę na kurs zderzeniowy ze
Związkami Zawodowymi. Nie daję temu "rządowi" nawet trzech miesięcy,
następne, mocno przedterminowe Wybory zapowiadają się bardzo ciekawie,
a ja nawet wiem, kto je wygra.
Jakoś tak ostatnio codziennie odbieram Margot z pracy podjeżdząjąc samochodem pod Wielką Instytucję Finansową. Kawałek parkingu koło przystanku, kilka minut czekania. Akurat tyle żeby obejrzeć na latarni citylighta z piwnym logo i twarzą Murzynki. Pilsner Urquell i Angie Stone. Akurat nie przepadam za klasycznym, pełnym goryczki pilznerem, ani za muzyką soul czy R&B, ale oglądam dalej. Część tekstowa, Piwo i Artystka w podziale fifty-fifty zakontraktowanym przez menedżerów, Piwo jednak górą (trzy lata w reklamie wizualnej pozostawia trwałe ślady w mózgu). Z treści wynika, że Piwo zorganizowało kulturalne wydarzenie w Sali Kongresowej, artystka Stone będzie śpiewać ku chwale Pilsner Urquell, a Ludożerka ma za to wszystko zapłacić. Czasy, gdy Korporacyjne Badziewie chyłkiem wkradało się do kultury, w zamian za sponsoring kontentując się małym logo na dolnym marginesie plakatu i jeszcze mniejszym na biletach, odeszły w niepamięć. Teraz Piwo Pilzeńskie, Operator Kiepsko Działającej Ale Za To Bardzo Drogiej Telefonii Komórkowej czy Znana Z Przekrętów Firma Informatyczna organizują masową kulturę wspierając własne marki i wynajmuje grajków, żeby wzmocnić Konsumencki Optymizm i Wierność. Wiekszość ludzi uważa, że właściwie bez tych Firmowych Fajansiarzy żadnej znaczącej imprezy zorganizować się już nie da. Masowe, rytualne spędy niszczą ostatnie obszary Wolności. A może ja i nie tylko ja zwyczajnie sobie nie życzę za kilka lat wyjść ze swojego domu zamienionego w gigantyczną reklamę telewizorów Sony, wsiąść do autobusu będącego wielką paczką gumy do żucia Orbit i pojechać do Filharmonii, gdzie Sinfonia Varsovia wykona specjalnie na tę okazję skomponowany utwór pt. "Taniec plemników", muzycy wykonają ten utwór w czapeczkach będących powiększoną kopią prezerwatywy Durex, a między rzędami przeciskać się będą dzieci przebrane za wymienione wyżej plemniki i rozdawać ulotki. Akurat przed chwilą oglądaliśmy z Margot dokument o władzy mediów nad światem, potem wygrzebałem z dysku bardzo archiwalny empeg "Child in Time". Czy Blackmore zagrałby tę transową solówkę z prezerwatywą na głowie?. No, raczej wątpię.
skomentuj (0)
A więc mamy
kolejny balon próbny wypuszczony, żeby sprawdzić poziom tolerancji na
agresywną głupotę. Książka Grossa uderza w skomplikowaną historię
stosunków polsko-żydowskich po II wojnie, w kompletnej, zamierzonej
zresztą abstrakcji od historycznego otoczenia. Tezą główną jest tzw.
polski
antysemityzm, rzekomo wysysany z mlekiem polskich matek, gdy tymczasem
wyssany jest z żydowskiego palucha. Żydzi rozrzuceni po całym świecie,
stosując mafijne metody zagarnęli prawie cały światowy biznes, finanse
i (co najważniejsze) media. Dzięki temu uzyskali nieograniczone
prawie przełożenie na światową politykę, reprezentując, co jest
oczywiste, przede wszystkim własne interesy. Kto tego nie widzi, musi
być chyba ślepy i głupi. Ponieważ nie wszystkim musi się to podobać,
wymyślono Antysemityzm jako Zło Godne Najwyższego Potępienia i
jako uniwersalną metodę natychmiastowej pacyfikacji wszelkiego
sprzeciwu a nawet nieśmiałego zastanowienia. W Polsce, zgodnie z tym
rytuałem, nawet użycie słowa Żyd w dowolnym kontekście jest już
Antysemityzmem godnym napiętnowania. Tak więc, Mel Gibson kręcąc
znakomitą skądinąd "Pasję" też został Antysemitą. Ja też chyba już
jestem. Może jeszcze mogę?
Swoją drogą, nawet dobre wydawnictwa gonią teraz za zyskiem nie
przebierając w środkach. Oczekuję już wydania "Mein Kampf" oprawionego
w ludzką skórę, albo wspomnień jakiegoś obłąkanego kanibala. Business
is business.
Obywatel
Tadeusz Rydzyk, z zawodu Ksiądz chce założyć Partię, w dodatku
dysponując sporym społecznym poparciem. Rzecz to niesłychana, ponieważ
w Polsce od czasu Okrągłego Stołu partie były prawie wyłącznie
zakładane przez agentów różnych inkarnacji bezpieki albo pod jej
dyktando, zgodnie zresztą z dobrą praktyką carskiej Ochrany. Podobnie
zresztą zakładano związki zawodowe i stowarzyszenia. Partię taką
zakłada się bardzo prosto - wystarczy nazwa, odrobina bełkotu zwanego
na wszelki wypadek Programem i paru kumpli ze studiów. Partia zwykle
mieści się na kanapie, najwyżej na dwóch, reszta to pożyteczni idioci,
którzy np. mogą służyć do zbierania Podpisów, organizowania zebrań i
road-shows. Potem do takiej Partii płyną pieniądze na marketing
polityczny z rozmaitych dziwnych źródeł, a precyzyjnie sterowane media,
w rodzaju gazety gazety, telewizji telewizji czy dziennika dziennika wynoszą Partię do
władzy. Potem funkcjonariusze zainstalowani w mediach wydają przez te
media rozkazy, np. "skończyć z oligarchą w sutannie". No i władza wsparta przez media i agentów rzuca
się na Obywatela Rydzyka jak banda dzikich. Obywatel Rydzyk nie ma
bowiem prawa zakładać partii, a zresztą i tak poniesie klęskę. No cóż,
czas pokaże.
Tym razem będzie więcej. Rzecz w tym, że notka jest właściwie zapisem
jednej z naszych cudownych, wieczornych dyskusji. Margot jest bez
wątpienia Najinteligentniejszą Dziewczyną Świata i strasznie wysoko mi
zawsze podbija poprzeczkę. Z drugiej strony, chciałbym nadać moim
zapisom formę literacko zamkniętą, stąd kula ta dziś będzie nad wyraz.
No więc, od początku. Margot, pomimo mojego podstępnego rycia i
podgryzania, jest zasadniczo stanowczym liberałem. Oznacza to między
innymi, że chce uczestniczyć jako niezależna jednostka we wszystkich
zdarzeniach rynkowych. Chciałaby, będąc uczestnikiem rynku pracy
otrzymywać adekwatne wynagrodzenie, za które będzie zaspokajać swoje
potrzeby, kupując rzeczy i usługi na wolnym i konkurencyjnym rynku
rzeczy i usług wytwarzanych dzięki aktywności różnych osób i innych
podmiotów w celu osiągnięcia zysku. Ja zaś uważam, że mogę być
współuczestnikiem większości zdarzeń poprzez udział w dobrowowolnie
tworzonych społecznościach wytwarzających samodzielnie potrzebne rzeczy
i usługi, również zaspokajających moje potrzeby, lecz zysk (przynajmniej
w kategoriach ekonomicznych) nie jest mi koniecznie potrzebny. Różnimy
się zatem co do zasady, co stwarza na pewno obiecujące perspektywy
dyskusji, zwłaszcza, gdy te zasady sprawdza się w praktyce.
Zostawmy na boku kwestię uzyskania wynagrodzenia i czy w przestrzeni
gospodarczej z zyskiem, jako podstawowym motorem i czynnikiem pomiaru
działalności, wynagrodzenie za pracę w dowolnej organizacji może być
"adekwatne" lub "godziwe". Praca "zasobów ludzkich" jest w tym ujęciu
kosztem działalności. Zysk to przychód ze sprzedaży pomniejszony o
koszty działalności. Maksymalizacja zysku polega na zwiększaniu
przychodów i minimalizacji kosztów, więc wynagrodzenie za pracę powinno
być jak najmniejsze. Ot, i cała filozofia.
Załóżmy zatem, choć to wcale nieoczywiste, że dysponujemy kwotą
wynagrodzenia, która wystarcza, żeby być uczestnikiem jakichś zdarzeń
gospodarczych. Mamy dziecko, a ponieważ pracujemy, potrzebujemy usługi
przedszkolnej, aby dziecko nie siedziało w domu bawiąc się
zapałkami i czegoś tam się w dodatku nauczyło zanim wrócimy z pracy, żeby
obejrzeć telewizję. Możemy tę usługę kupić od organizacji
przedszkolnej, płacąc za koszty tej opieki oraz zmaksymalizowany zysk
właściciela. Ponieważ nie mamy czasu, nie jesteśmy w stanie sprawdzić
poziomu tej usługi, no i oczywiście, na ile jesteśmy przez właściciela
czesani. Możemy również tę usługę wytworzyć wspólnie z setką innych
rodziców zakładając społeczne przedszkole dokładnie odpowiadające
naszym potrzebom, działające bez zysku, więc tańsze i lepsze (dla
naszego dziecka). Przy okazji, ponieważ nie potrzebujemy niczego
maksymalizować, możemy godziwie zapłacić osobom przez nas tam
zatrudnianym (a nie gówniane 1200 zł brutto oferowane przez właścicieli
przedszkoli wychowawcom z wyższym wykształceniem kierunkowym), przez co
możemy oczekiwać, że będą one dobrze dbać o nasze dziecko.
Załóżmy jeszcze, że nasze zminimalizowane wynagrodzenie wystarczy na
coś jeszcze i chcemy kupić jedzenie i jakąś szmatę, którą owiniemy się
idąc do pracy. Możemy pójść do Hipermarketu i kupić potrzebne i
(częściej) zupełnie niepotrzebne rzeczy, będąc w dodatku przekonani,
że jest dobrze i tanio. Znowu, ponieważ czytamy reklamę na billboardzie
i nie mamy czasu tego sprawdzić, jesteśmy oszukiwani na cenie i jakości
różnymi świńskimi sztuczkami, które Hipermarket opanował do perfekcji.
Możemy również, w większej grupie tfu, konsumentów założyć sklep
spółdzielczy, zatrudnić odpowiednio wykwalifikowane osoby (w tym
również siebie) i kupować tam tylko potrzebne towary (propagując
rozsądek konsumencki), dobrej jakości i po dobrych cenach. Tu znowu nie
musimy niczego maksymalizować, z góry założoną nadwyżkę przychodów nad
kosztami możemy przeznaczyć na rozwój, tzn. otwieranie kolejnych
sklepów naszej Spółdzielni, Jeśli tych sklepów będzie 10, to już ta
sieć wynegocjuje dobre ceny u dostawców i będzie konkurować z
Hipermarketem. Przy okazji nie będziemy się świnić, cyganić klientów, oszukiwać
dostawców i wyzyskiwać pracowników, co jest ulubionym zajęciem
menedżerów Hipermarketu.
Już widzę sfory agentów neoliberalizmu rzucające mi się do gardła: No
jak to, a gdzie Jego Wysokość Zysk, jedyna siła napędowa Rynku.
Przecież bez Zysku nikt nawet nie kiwnie palcem. No przecież
Hipermarket się obrazi i nie da Miejsc Pracy i Lud zemrze z głodu. O
zysku za chwilę, a swoje Miejsca Pracy niech sobie Hipermarket wsadzi...
Uczestnictwo jednostek w procesie produkcji i dystrybucji w formie
dobrowolnych, gospodarujących społeczności ma wiele ciekawych aspektów.
Pozłacany Bożek Zysku jest zdetronizowany. Nadwyżka przychodów nad
kosztami pozwala na rozwój zdecentralizowanych rynków. Rynki te wracają
na swoje miejsce, stając się na powrót ośrodkami gromadzącymi
społeczności w celu zaspokajania ludzkich potrzeb, w tym również
potrzeby udziału w prawdziwym życiu społecznym. Równie ważne jest to,
że wytwarzane społecznie miejsca pracy, z wynagrodzeniem nie
uwłaczającym ludzkiej godności, nie zamykają łańcucha wymiany dóbr i
usług. Godziwe wynagrodzenie pozwoli wszystkim uczestniczyć w rynkach,
co wywoła ich wzrost. Nikt przecież poważnie nie bierze pod uwagę, że
te 500 zł kasjerki w Hipermarkecie, czy nawet 900 zł nauczycielki w
prywatnym przedszkolu pozwala im na udział w rynku. Za to można tylko
zdechnąć i to bez honoru.
I tu Margot mówi, że nie ma czasu i nie będzie latać z zebrania
wspólnoty mieszkaniowej na Zgromadzenie Rodziców Przedszkola, a potem
jeszcze kontrolować keszfloł w Spółdzielczym Sklepie. Margot Najmilsza,
znajdziemy ten czas, skoro mamy czas by o tym dyskutować, to tylko
kwestia zmiany punktu odniesienia.
Margot w tym czasie zakrzątnęła się i zrobiła przepyszne andruty, o
niebo lepsze niż batoniki z wsadem E729 z Hipermarketu. Chrupię andruty
i pozytywnie myślę o przyszłości.
No więc, przede wszystkim,
tym złodziejom już nic nie zapłacę. Mało tego, zażądam zwrotu
pieniędzy, które przemocą pobrano ode mnie w ciągu dwudziestu kilku lat
mojej pracy, i z których nie zobaczyłem nic. Do tego też zachęcam
wszystkich myślących ludzi. Pomysły rządu Wielmożnego Pana Premiera, aby
sprywatyzować (czytaj: rozdać kumplom) lecznictwo, które zbudowane
zostało za pieniądze wszystkich podatników i pompować do niego
pieniądze z nowego, podwyższonego podatku za leczenie uważam za nowe,
monstrualne nadużycie. Znowu stara śpiewka wszystkich
"pokomunistycznych" rządów: uspołecznić koszty, sprywatyzować zyski, a
ludziom wmówić, że nie ma innej drogi i tak jest dobrze. Tymczasem są
inne drogi i już dawno zostały przetarte. Lecznictwo otwarte i
szpitalne powinno finansować się ze sprzedaży usług. Ludzie zamożni
powinni sobie te usługi kupować sami, a ludzie niezamożni mogą
dobrowolnie korzystać ze społecznie organizowanych i pozostających pod
społeczną kontrolą, niezależnych od obecnie wszechwładnego Państwa, Kas
Chorych. Kasy Chorych, czyli społeczne organizacje non-profit, kupią usługi od placówek medycznych, pobierając od
członków składkę wyliczoną na podstawie swoich uzasadnionych kosztów, a nie z sufitu.
Przy okazji skontrolują jakość oferowanych przez placówki medyczne
usług i ich ceny. A nasze ukochane Państwo? Zapłaci za leczenie armii
ubogich, do której powstania tak pięknie się od lat przyczynia. A
pieniążki niech weźmie sobie od wielkich i bogatych korporacji, które tak sobie umiłowało. Życzę wszystkim Zdrowia.
Ostatnio bombardowany
jestem w Internecie olbrzymią ilością najrozmaitszych wiadomości: "Czy
Liszowska zdradzi narzeczonego?" (nie wiem, kto jest ta Pani), "Polacy
pławią się w luksusie" (to o wzroście sprzedaży aut z segmentu premium,
czyli takich drogich i zwykle niegustownych blachosmrodów), "Markowska
urodziła" (to chyba ta artystka fotografująca się w bieliźnie, w każdym
razie gratuluję), "Kryminalni bez Zakościelnego" (to chyba z życia
mafii). Żeby nie było wątpliwości, od lat nie oglądam telewizorni i w
zasadzie nie czytam gazet. Wcale nie czuję się głupi, jak to jakiś czas
temu sugerowała w reklamach jedynie słuszna Gazeta Michnika. Jeśli
przypadkiem to robię, widzę że królują tam njusy podobnego kalibru.
Oczywiście mógłbym skwitować te informacje tak, jak mój ulubiony
komentator
na Interii: "A co mnie to, kurwa, obchodzi?" No więc, oczywiście, nic
mnie nie obchodzi, z kim aktualnie sypia Redaktor Lis, natomiast
interesuje mnie, skąd i po co biorą się te różne bzdety. No więc bzdety
piszą tzw. dziennikarze. Są oni bezpośrednimi wytwórcami bzdetów i
pracują na zamówienie dystrybutorów bzdetów. Bzdety w języku mediów
nazywają się "content". W zasadzie polskim odpowiednikiem tego słowa
jest "treść", ale takie tłumaczenie jest chyba nadużyciem.
Dystrybutorzy bzdetów nazywają się "content providers", czyli
"dostarczycielami, tfu, treści". Zapotrzebowanie na content stale
rośnie, ponieważ wszystkie media potrzebują dużo bzdetów, po pierwsze,
żeby przyciągnąć ludzi i wcisnąć im reklamy niepotrzebnych rzeczy, po
drugie, żeby odwrócić ich uwagę od informacji i spraw istotnych, czy
wręcz uniemożliwić własne myślenie. Nie da się ukryć, że media głównie
żyją z reklam. Reklamodawcy życzą sobie, w sposób formalny, czyli
zgodnie z odpowiednimi klauzulami umów, lub w sposób nieformalny,
poprzez pewne hmm, sugestie, aby otoczenie ich reklam było odpowiednie.
Jasne, że odpowiednie jest otoczenie kolorowych znamion sukcesu i
informacji o niewielkim znaczeniu społecznym, ale za to pozytywnym
przesłaniu. Optymizm konsumencki rośnie i można sprzedać rożne rzeczy.
Jest chyba oczywiste, że Hipermarket X, specjalista od zawodowego
cięcia kosztów zdejmie reklamę krwistej rąbanki 9,99 zl/kg z ostaniej
strony gazety M. po opublikowaniu w niej informacji, że tymczasowa
kasjerka siedzi tam 10 godzin dziennie na pampersie za wynagrodzeniem 30 zł
(brutto, minus koszt pampersa). Producent słynnej przesłodzonej
oranżady na pewno nie będzie zadowolony z informacji o zabójstwach
działaczy związkowych w swoich wytwórniach w kraju nie tak znowu
trzeciego świata, sąsiadujących z jego pełnymi życia reklamami, w
których oranżada nie jest tylko bełtem globalnego syropu i lokalnej kranówy, a sensem
istnienia całej generacji.
Czy Wyższe
Wykształcenie, będące kiedyś przedmiotem pożądania, obecnie się do
czegoś przydaje? Lektura ogłoszeń rekrutacyjnych pozwala na
oszacowanie, że 80% oferowanych dżobów można zdobyć ze średnim
wykształceniem, zaś w pozostałych przypadkach dyplom wyższej uczelni
jest raczej kwiatkiem do kożucha. W części poradnikowej publikacji o
zdobywaniu pracy oczywiście bardzo podkreśla się rolę wykształcenia,
ale smutna rzeczywistość wygląda inaczej. Obserwuję ostatnio zjawisko
powielania w Polsce mechanizmów zarządzania rodem zza oceanu (wszystko,
co jest najbardziej wszawe powiela się w Polsce nadzwyczaj szybko). Z
grubsza polega ono na tym, że praca w ogóle zaczyna się dzielić na
Pracę i McPracę. To ostatnie nazywam tak nie dlatego, że uwielbiam
dystrybutora przydrogich i niezdrowych kanapek, tylko dlatego że ten
szatańsko skuteczny wynalazek stamtąd się wywodzi i tam został
rozwinięty w sposób doskonały. Wszelkie operacje w organizacji dzieli
się na maksymalnie uproszczone procedury, do których wykonywania
zatrudnia się nisko opłacane, ludzkie automaty. Programowanie automatu
do wykonywania procedur zajmuje około jednej godziny i nazywa się w
języku organizacji Profesjonalnym Szkoleniem. Wymiana zepsutego
automatu na nowy możliwa jest w każdej chwili i kosztuje tyle, ile
Profesjonalne Szkolenie. No dobrze, skąd zatem biorą się procedury?
Dopóki system nie zostanie tak udoskonalony, że automaty będą
programować i kontrolować się same, potrzebni będą wykształceni
menedżerowie-programiści automatów. Klasa menedżerów jest stosunkowo
nieliczna i lepiej opłacana, bo ich wymiana jest droższa. Oczywiście,
jest znacznie bardziej prawdopodobne, że zostanie się automatem niż
menedżerem, więc statystycznie nie opłaca się być wykształconym.
Zadania programistów automatów też zresztą się upraszczają. Córka
Margot skończyła właśnie wyższą uczelnię, konktretnie psychologię.
Stara się o zatrudnienie w kawowej odmianie McDonalda, Coffee Heaven
jako specjalistka od rekrutacji i jest bardzo zapalona. Od osoby, która
McPracowała w CH wiem, że rekrutacja do grona baristów (tak fikuśnie
się tam nazywa automaty do nalewania kawy) polega na ułożeniu hymnu i
narysowaniu flagi CH. Jakich zresztą kwalifikacji można oczekiwać od
automatu do nalewania kawy, poza odróżnianiem, do kubka z jakim logo
się ją nalewa?
Dzisiaj chwilka o modernym zarządzaniu w praktyce. Przebojem ostatnich sezonów w Polsce jest autsorsing. Nie będę serwował naukowych definicji, z grubsza jest to wyniesienie do firmy zewnętrznej takiej części działalności organizacji, która nie jest rozwijana w ramach kluczowych dla niej kompetencji, w związku z czym istnieje uzasadnione przypuszczenie, że zewnętrzna wyspecjalizowana firma zrobi to taniej i lepiej. Ano, zobaczmy, jak to działa w praktyce. Margot pracuje w Finansowej Instytucji, przez litość nie wymienię jej nazwy. Ponieważ ostatnio, ze względu na godną pożałowania, samobójczą jej aktywność, musiała zostawać w pracy do późna (zapomniano jej za to zapłacić), zetknęła się z jej nocnym życiem. Rozmawiała późną nocą z pracującą tam, jak to się ostatnio ładnie nazywa, osobą sprzątającą. Starsza, sympatyczna Pani, "zatrudniona" w autsorsującej firmie sprzątającej, za codzienne sprzątanie nocą pół piętra powierzchni biurowej, w tym biurek, sprzętu, kibli, kuchni i wszystkiego, co się trafi, dostaje 500 zł na miesiąc, prawdopodobnie nie jest ubezpieczona i nie ma żadnych praw pracowniczych, za jakikolwiek opór noga-dupa-brama. Mówiąc normalnym językiem, który tak bulwersuje liberałów, jest to zwyczajny chamski wyzysk. Nasz ulubiony autsorsing pozwala spokojnie spać Wielmożnemu Panu Prezesowi (oficjalne zarobki roczne ok. 4 milionów złotych, synekury w spółkach córkach i innych dziwacznych przedsięwzięciach powiązanych pewnie drugie tyle). Społeczną i prawną odpowiedzialność przejmuje na siebie jakiś Skurwysyn organizujący brutalną, złodziejską ekploatację ludzi, którzy zmuszeni są do tego przez bezrobocie, nędzę i upodlenie. Pewnie, że dla Prezesa jest taniej. Do czego prowadzi Totalny Autsorsing przekonaliśmy się odwiedzając bez przyjemności przed Świętami pobliski Hiperblaszak Real. Po przejęciu Hiperbudy od francuskiego Geanta menedżerowie Reala wyrzucili prawdopodobnie wszystkich pracowników z ich związkami zawodowymi i wynagrodzeniem 4,50 za godzinę. Autsorsowane jest tam wszystko: kasy, dział wywalania badziewia na półki, krojenia nieświeżej padliny, ochrona, sprzątanie. Ogólnie (dla nieszczęśliwego Kupującego, który się trafi), sprawia to wrażenie kompletnego chaosu i nim zresztą jest: trudno dopchać się przez porozlewane i porozrzucane badziewie do wiecznie zepsutych kas i uniknąć przejechania widlakiem, prowadzonym przez tymczasowego kierowcę bez uprawnień, ale za to z fantazją. Koszty menedżerowie Hiperbudy wycięli do koniecznego minimum. Ceny za to znacznie wzrosły, więc ukochany przez liberałów zysk osiągnął pożądane marketingowe maksimum. Dobranoc Państwu.
skomentuj (1)
Z czyjegoś
pamiętnika...
"Poniedziałek: Włączam radio. Bill Gates.
Wtorek. Czytam gazetę. Bill Gates.
Środa: Oglądam telewizję. Bill Gates.
Czwartek: Boję się otworzyć konserwę."
Zapamiętanie autopromocji oszukańczego biznesu jest, jak widać, odwrotnie proporcjonalne do jakości produktu.
Wczoraj Margot widziała
w gazecie artykuł. Bezrobocie ogólnie spada, a w naszej Warszawie już
go nie ma. Przedwczoraj czytała, że pensje rosną. Ja dzisiaj widziałem
na Interii, że "drastycznie" tanieje nabiał. Rośnie PKB per capita,
czyli na łba, a inflacja maleje. Emigracja hamuje, rodacy wręcz marzą o
powrocie do naszego cudownego Kraju. Cud goni za cudem, jak na
zamówienie nowej ekipy Specjalistów od Cudów, Kolesiów Wielmożnego Pana Premiera. To
oczywiście wszystko NIEPRAWDA. I prawie wszyscy wiedzą, że to
nieprawda. Gazetę można tylko wyrzucić do kosza, w necie można wziąć
udział w DYSKUSJI NA FORUM. I ludzie piszą, aż się kurzy. I co? I nic.
Jasne, że media są wolne i każdemu Idiocie wolno pisać, co mu się
podoba. Tyle, że tych informacji nie pisze KAŻDY, tylko wybrańcy i to
za ciężkie pieniądze. W PRL-u media nie były wolne i nikt się nie
dziwił, gdy koledzy brylujących dziś na salonach SOCJALDEMOKRATÓW
sławili imię Polskiego Robotnika i chwalili wzrost produkcji lokomotyw,
które stanowiły dla ogółu mieszkańców tego biednego kraju artykuł
pierwszej potrzeby. Nie mogę tylko zrozumieć, skąd teraz w wolnych
mediach tak zmasowany i dobrze skoordynowany atak nachalnego kłamstwa.
No chyba, że wolne. Chyba, że ja czegoś nie wiem.
Zadzwonił Paweł, podobno jest jakaś praca w znajomej firmie, tylko trzeba podrzucić CV. Paweł (40+), budowniczy kapitalizmu w latach 90-tych poprzedniego i na początku nowego wieku, manager marketingu w dużych firmach zagranicznych. Od kilku lat w zawodowej odstawce, współwłaściciel wiecznie podupadającej myjni szmacianej na Mokotowie, dorabia grając epizody w serialach. Nie płaci podatków ani ZUS bo nie ma z czego, nie wie co zrobi jak go złapią. Podjechałem następnego dnia, chwilkę musiałem poczekać, bo odwoził samochód jakiemuś Wielmożnemu Panu z Firmy Farmaceutycznej. Praca była i owszem, po znajomości, ale za grosze i na Żeraniu, raczej podziękuję za pamięć. Mycha, dziewczyna Pawła (27 ale wygląda na 20) też szuka pracy. Wierzę na słowo Pawłowi, że Mycha jest niezła. Była ostatnio na interwju u Prezesa Państwowego Funduszu Czegośtam. Powiedział jej, że dostanie 7000 na rękę i bryczkę, nie musi przychodzić do pracy, tylko będzie jeżdzić z nim, czyli Prezesem w delegacje. Chwila refleksji: do jakiego stopnia bezkarna musi się czuć taka Świnia, żeby wyjść z tym tekstem. Mała kawka i słodkie marzenia: może numer "na Rywina": wysłać Mychę z dyktafonem (nic z tego, większość tych Prezesów od Czegośtam to byli Ubecy, wykręci się sianem i kłopotów narobi). Druga kawka i prawdziwa eksplozja marzeń: wystawiamy Mychę Prezesowi, jedziemy za nimi do hotelu i ... Chamstwo i bezprawie pożera nas, chyba nie widzę innych możliwości niż samoobrona i dochodzenie natychmiastowej sprawiedliwości.
skomentuj (0)Kiedyś w zeszłym roku wystąpił w sejmie i w telewizorni Wielmożny Pan Nowy Premier, podobno Donald, ale nie Kaczor. Jak doniosły Media (bo trzygodzinnego bełkotu Wielmożnego Pana nikt normalny raczej nie wysłuchał), Pan między innymi zatroskany był losem Ludu 45+ i postanowił Lud ten zawodowo zaktywizować. Jako 45+ bardzo byłem wzruszony, a nawet lekko podniecony i nie czekając aż Wielmożny Pan zaoferuje mi czwarty fakultet za darmochę lub naukę pisania CV, które potem ktoś wyrzuci do kosza, sam postanowiłem się zaktywizować. Okazja po temu nadarzyła się sama, bo właściciele Agentury Nieruchomości, w której od roku udawałem że nie jestem bezrobotny, tylko niezwykle przedsiębiorczy, postanowili pozbyć się części nieefektywnego personelu. Pomyślałem sobie, że Stara Murzyna może się komuś przyda i zajrzałem do Internetu. A tam olśnienie !!! Na jednym z portali 500 ofert pracy dziennie i to tylko w moim obrzydliwym mieście, Warszawie. Koniec bezrobocia !!! Jedyny problem, to jak wybrać najlepszą ofertę. Postanowiłem zadecydować o tym po serii interwju, na które będę się umawiał w godz. 9-17, w dni robocze. Jako że straciłem najlepsze lata programując komputery, w palcach jestem szybki jak brazylijski wiatr, to w ciągu miesiąca wysłałem 300 przepięknych aplikacji korzystając z poczty e-mail i najszybszego internetu bezprzewodowego firmy PTC (już za to powinienem dostać jakiś order). Już po dwóch tygodniach umówiłem się na interwju. Z Panem o Chytrze Smutnych Oczkach, dyrektorem Firmy Sprzedającej Polisy od Wszelkiego Złego. Właściwie od razu zostałem zaangażowany. Powiedział, że się bardzo cieszy, że ja właśnie będę menedżerem i będę rekrutował Agentów sprzedających polisy. Bo wie Pan, Agenci mają problemy egzystencjalne i trzeba ich stale prostować, a potem wymieniać. Pensja zależna od wyników, czyli żadna. Pewnie że Agenci mają problemy egzystencjalne, kiedy ich znajomi nagabywani do kupna niepotrzebnych polis przestają odbierać telefony, a prowizja nie pokrywa kosztów komórki i samochodu. Na razie nikt więcej nie dzwonił. Wysyłam 300 ofert miesięcznie. Będę musiał poczekać, aż mnie Wielmożny Pan Premier zaktywizuje, bo widać sam nie potrafię. A może dobrać się do tych oszustów i wyzyskiwaczy? O Boże, mój własny neoliberalny Ojciec nazywa mnie Bolszewikiem, ale kicha.
skomentuj (0)
Pierwszy zapis w moim
blogu... Po co piszę? Kiedy wracam ze Świata do naszego małego
mieszkanka, mam zwykle dużo smutno-śmiesznych rzeczy do opowiadania.
Margot zawsze mówi, że powinienem to gdzieś zapisywać i Ludzie powinni
to czytać. Nie do końca się z tym zgadzam, ale zdanie Margot jest
całkowicie wystarczające, żeby spróbować to zrobić.
O czym będę pisał? Zawsze chciałem
robić dobrą literaturę, tylko czy to ma jakiś sens? Kiedy patrzę na
ludzi miotająch się w nonsensownym świecie opartym na
niesprawiedliwości, wyzysku i kontroli, myślę że mogę zrobić coś
lepszego niż dobrą literaturę, mogę otworzyć im oczy... Pytanie, czy
oni chcą mieć je otwarte?